
Świat za oczami I Z labiryntu do serca
Świat za oczami.*
Emilia Orzechowska: Pod koniec 2023 roku miałam przyjemność współpracy i realizacji twojej indywidualnej wystawy “Suche Oczy” w Centrum Sztuki Galeria EL w Elblągu. Chciałabym zacząć naszą rozmowę od tego abyś ”rozkodowała” tytuł jaki nadałaś elbląskiej ekspozycji, co wskaże nam kierunek rozmowy i nakreśli obszar, który wspólnie (tak jak przy wystawie) spróbujemy zbadać, zdiagnozować i nazwać.
Marta Szulc: Myśląc o wystawie chciałam znaleźć słowa, które opisują stan emocjonalnej ślepoty. To odczucie wyraża się niechęcią do zobaczenia rzeczywistości w której się żyje i jest rodzajem samoobrony, kiedy konfrontacja z prawdą jest zbyt bolesna by ja przyjąć. Można to nazwać także zamrożeniem, odcięciem się lub ucieczką…dla mnie ważne było zaakcentowanie w tytule zmysłu wzroku, bo chyba najbardziej odczuwam świat dzięki oczom. Tytuł zaczerpnęłam z medycznego terminu – zespół suchego oka czyli schorzenia związanego z niewystarczającym wydzielaniem łez, co powoduje pieczenie oczu i pogorszeniem widzenia. W moich pracach także nie ma łez i nie ma też widzących oczu.
EO: W swojej twórczości dotykasz bardzo intymnych i osobistych obszarów związanych z dzieciństwem, doświadczenia bycia córką oraz siostrą, a także konfrontujesz siebie (i nas) z odczuciem traum (rodzinnych i swoich, osobistych) oraz trudnych relacji i emocji, z którymi, już w swojej dorosłości, wciąż się mierzysz. Szczerość i bezpośredniość z jaką dzielisz się ze swoimi odbiorcami i odbiorczyniami, urzekły mnie, zafascynowały i wzbudziły we mnie pragnienie poznania cię bliżej i przygotowania wspólnej wystawy. Intuicja mnie nie zawiodła, i było to dla mnie niezwykle ważne doświadczenie kuratorskie, ale też ”ludzkie”, a czym była dla ciebie ta praca nad wystawą i nasze spotkanie?
MS: Wystawa jest podsumowaniem kilku lat pracy i bardzo cieszę się, że mogłam pokazać je w przestrzeni galerii El. Moim zaproszeniem do wystawy, do „świata za oczami” był przeskalowany rysunek Twarzoczaszki narysowany na ścianie galerii. Czaszka widziana od wewnątrz przypomina labirynt. To dobre odniesienie do umysłu, który błądzi wśród wspomnień i doświadczeń, racjonalizuje to co było i rozbija się o wyparte emocje. To był także motyw architektury wystawy, pełnej zaułków które trzeba było odkryć.
Podzieliłam Suche oczy na opowieść czym jest dla mnie trauma i jak ją rozumiem oraz część utkaną z osobistych doświadczeń. Łączą je moje teksty – trochę wiersze, trochę autoanaliza oraz rysunek samotnego oka. Ten motyw zaczerpnęłam z komiksu Spleen, który rysuję równolegle od trzech lat, jest to historia wewnętrznej podróży. Na wystawie występuje trochę w formie żartu, jest próbą rozładowania niełatwych emocji.
Kiedy dotykałam bezpośrednio własnej historii w obrazach, m.in. Trzy kobiety, laleczki, czy nowej pracy Abyss, czułam ogromny lęk, czy mi wolno. Czy nie odsłaniam się zbyt mocno, byłam niepewna gdzie przebiega granica między szczerością, a ekshibicjonizmem, gdzie są moje granice. Ale czułam też chęć, aby wejść pod powierzchnię obrazu, skonfrontować się z emocjami, które są obecne pod wizerunkiem. To stało się punktem wyjścia dla pasteli Suche oczy. Autoportrety z tej serii są inspirowane kadrami z różnych okoliczności- szkolnymi balami, zdjęciami z legitymacji, rodzinnymi spotkaniami. Zdjęcia mogą nam wiele powiedzieć, oczywiście są pozowane i każdy się na nich uśmiecha, ale można się zastanowić nad prawdą tych sytuacji, jak je czujemy. Co mówi nam język ciała, czy uśmiech ma usatysfakcjonować tego kto trzyma aparat, czy kogoś z kim się jest na zdjęciu, dlaczego tak ważne było żeby inni byli zadowoleni…
EO: Jak myślisz o “traumie”, to o czym myślisz? Jak ją definiujesz?
MS: Kiedyś „trauma” oznaczała dla mnie jakieś tragiczne wydarzenie, jak wypadek samochodowy czy napad. Ale trauma to każde wydarzenie którego nie jesteśmy w stanie emocjonalnie pomieścić, rodzaj psychicznego bezpiecznika. I to zupełnie zmieniło postrzeganie mojej własnej historii, którą identyfikowałam w słowach „każdy tak miał”, „było minęło”, „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”… , a współczucie zwłaszcza do siebie rozpoznawałam jako użalanie się nad sobą.
Na obrazach często sięgam po motywy ze zdjęć z dzieciństwa, bo też jako dzieci jesteśmy najbardziej bezbronni i w tym okresie najczęściej (choć nie tylko) jesteśmy traumatyzowani. Często bardzo trudno nam rozpoznać co właściwie jest traumą, jako dzieci nie mamy wielu doświadczeń, więc traumatyzujące zachowania rodziców odbieramy jako miłość, szczególnie jeżeli powtarzają, że działają oni z miłości. Często sami w to wierzą.
W moich pracach, szczególnie Kulturze ciała, koncentruję się na ciele, które uosabia to co wyparte. Trauma powoduje na nich jego „rozpad”, ale nie ma w tych pracach cierpienia, są namalowane neutralnymi błękitami. I na tym chyba polega trauma, że można żyć z „dziurą w brzuchu” i być nieświadomym swojego bólu i uwikłania. Ten temat rozwijam w autoportretach, gdzie trauma zasłania oczy i wyraża się w uśmiechu, który jest maską.
Później zetknęłam się z terminem traumy pokoleniowej i zaczęłam ją badać. Pomysł, że niosę w moim życiu to co nie moje, traumy moich pra i dziadków, rodziców…wywołały ogromny gniew i opór, a przede wszystkim bezradność. Tego było za dużo! W jednym z opowiadań komiksu Spleen fantazjowałam, że spalam się na popiół i rekonstruuję na nowo z białą kartą. To wydawało się prostsze niż zagłębienie się w historię rodziny.
EO: W swoich pracach dotykasz realnego wspomnienia, doświadczenia z przeszłości. Często portretujesz członków swojej rodziny, osoby, które towarzyszyły ci w różnych wydarzeniach, dlatego ciekawi mnie jak bohaterki i bohaterowie twoich obrazów, rysunków i akwareli, reagują na swój w nich udział? Jak bardzo są blisko twojej wizji przeszłości? Czy chcą się z nią w ogóle konfrontować?
MS: Nie wiem…moje prace nie są personalnymi atakami, są pokazaniem moich stanów emocjonalnych. Kiedyś zastanawiałam się, czy mogę namalować to co czuję na obrazie, gdzie występuje mój ojciec, czy nie kalam tym pamięci po nim. Ale milczenie albo dopasowywanie się do oczekiwań innych też jest formą traumatyzowania siebie, to powtarzanie starych strategii. Nie wiem czy konfrontowałabym tatę z tym obrazem gdyby żył. Nie wiem czy miałoby to sens. Nawet mając świadomość traumy pokoleniowej trudno jest przyjąć, że samemu jest się także tą drugą, raniącą stroną. Widzę to w mojej relacji z dzieckiem…to bardzo bolesne i trudne, żeby przyjąć też taką prawdę.
Pokazuję obrazy mojej młodszej siostrze. Często rozmawiamy o rodzinie i przodkach, każda z nas pamięta trochę inny fragment przeszłości albo trochę inaczej, sklejamy te informacje, wspólnie próbujemy zrozumieć przeszłość.
EO: Oglądając twoją sztukę i słuchając tego jak o niej mówisz, można dowiedzieć się wiele o tobie, ale przede wszystkim dostrzec “pokoleniowe uniwersum”, uchwycić wspólny mianownik naszych czterdziesto kilkuletnich doświadczeń – dorosłych dzieci naszych rodziców, którzy byli pierwszą powojenną generacją, których nikt nie nauczył opiekuńczego modelu rodzicielstwa pełnego empatii i podmiotowego i partnerskiego podejścia do dziecka, którym zabrakło wzorów do naśladowania, którzy musieli “poradzić sobie sami” z wychowaniem dzieci. Teraz sama jesteś mamą, czy wystrzegasz się “błędów” swoich przodków, czy wręcz przeciwnie, dostrzegasz i łapiesz się na tym samym, że wciąż tkwimy w tych samych koleiny, jedynie z tą przewagą, że je dostrzegamy i definiujemy oraz za wszelką cenę, próbujemy się z nich wydostać?
MS: Myślę, że dostrzeganie, że jesteśmy częścią systemu, jest ogromnym krokiem na przód. Kiedy jesteś świadoma, to możesz zacząć zmianę. Mamy dużo więcej możliwości niż nasi rodzice. Przede wszystkim odczarowane zostało słowo terapia, które kiedyś było stygmatyzujące, oznaczające, że „coś” jest z nami nie tak. Poza tym mamy dostęp do różnych form terapii, dużo się w tym temacie zmienia, bada. Dla mnie fascynujące było jak emocje wpływają na ciało, że choroba jest informacją także o naszej psychice, o czym pięknie pisze Gabor Maté. Praca z wypartymi emocjami, traumami, jest dla mnie też bardzo ważna, bo to przekłada się na życie moje i kolejnych pokoleń, choć mam świadomość, że nie „wyczyszczę” wszystkiego. A co do powtarzania błędów…to nie wiem czy da się ich nie popełnić. Jesteśmy emocjonalnie uwikłani i poranieni i bycie w opozycji do swojego rodzica, chęć bycia „lepszym” rodzicem jest chyba dość powszechna. Mogę tu mówić tylko o moim doświadczeniu – kiedy spojrzałam na mamę bez gniewu i zrozumiałam czyli poczułam, że ona także została straumatyzowana, tak jak jej matka i jej ojciec… że wielu rzeczy nie wiem, że wielu rzeczy ona jest nieświadoma… dopiero w tym momencie stworzyłam szansę aby coś zmienić w sobie, wyjść z kolein o których piszesz.
EO: Czego nauczyły cię twoje traumy?
MS: Na pewno, że moje obrazy nie są dla mnie terapią, tylko efektem przepracowanych emocji. I nie wiem czy można powiedzieć, że traumy uczą, na pewno praca z nimi wiele daje. Zaczęłam dostrzegać mechanizmy w których żyję np. że moją agresję nie wywołuje dana osoba, ale moje emocje, które odczuwam kiedy słyszę np. coś co wywołuję lęk albo brak poczucia bezpieczeństwa. Już wiem, że ta agresja jest obroną przed tym czego nie chcę. Wtedy, o ile uda mi się wyłapać ten moment, sprawdzam jaka jest rzeczywistość. Na ogół okazuje się, że jest bezpieczna, czyli moje emocje to wdrukowana reakcja z przeszłości, której w dorosłym życiu nie mam potrzeby powtarzać i mogę na nie zareagować w dojrzały sposób. Na pewno cały czas uczę się i powoli rozmarzam. To powolny proces. Ale wiem, że warto, bo następuje tu piękna synergia – im więcej robisz w sobie/dla siebie tym więcej możesz dać z siebie innym.
Elbląg, 2023
* Rozmowa ukazała się w Piśmie Artystycznym Format nr 92.
Z labiryntu do serca.
Emilia Orzechowska: Minął ponad rok od naszego kuratorsko-artystycznego spotkania podczas pierwszej odsłony twojej indywidualnej wystawy “Suche Oczy” w Centrum Sztuki Galerii EL w Elblągu, więc może będę kontynuować naszą rozmowę od zapytania Cię o zmiany, co się wydarzyło w ciągu tego roku u ciebie i czy druga odsłona twojej wystawy w Galerii Miejskiej bwa w Bydgoszczy to dla ciebie wciąż ta sama wystawa?
Marta Szulc: Ja także się cieszę z naszego kolejnego spotkania. Ten rok polegał głównie na kończeniu i domykaniu starych spraw. Skupiłam się na “Spleenie”, czyli moim autorskim komiksie, który w końcu dostał właściwe zakończenie.
Porównując wystawę „Suche Oczy” w Galerii EL i tutaj, w Galerii Miejskiej bwa w Bydgoszczy jestem zaskoczona jak różne są to opowieści. W Elblągu błądziliśmy, odkrywaliśmy czym jest trauma, uwikłanie, emocjonalna symbioza. Do wystawy zapraszał kościany labirynt twarzoczaszki. Napisy towarzyszące wystawie, tak jak rysunek samotnego oka, były niewielkie, napisane na ścianie galerii suchą pastelą, łatwo je było zetrzeć. Teraz patrzę na dużą, jasną przestrzeń galerii bwa i trzy świeżo namalowane rysunki – murale nawiązujące do “Spleenu”. Nic tu nie jest ukryte, samotne oko i moja twarz mają dwa i pół meta wysokości. Towarzyszące im teksty to już deklaracje, nie da się ich nie zauważyć. Można więc powiedzieć, że nastąpiła transformacja z tego co ukryte i skamieniałe, w to co otwarte na dialog . Nawet przewodnie kolory są na przeciwległych biegunach. W EL to był głęboki, ciemny granat, tutaj mamy żółty, który został zaczerpnięty z kwiatków materiału igielnika czyli pracy “Prezent”. Choć ten jasnożółty kolor nie jest oczywisty, jest w nim trochę zieleni, kojarzy mi się z żółcią wątroby czy żołądka. Nie jest to do końca stan komfortu, jest w tej odsłonie coś, co cały czas drży i denerwuje i może wymaga jeszcze uwagi.
EO: W bydgoskiej galerii, poza pracami, które pokazywałyśmy w EL, m.in. te z cyklu “Kultura ciała” czy serię obrazów, prezentujesz również kilka nowych prac, czy mogłabyś coś więcej o nich opowiedzieć? Powstały pomiędzy jedną a drugą prezentacją ”Suchych Oczu”, co jest ciekawe w kontekście procesu i twojej praktyki artystycznej, dlatego chciałabym zapytać cię o inspirację i motywację do ich powstania?
MS: Tak to ciekawe, także dlatego, że to obiekty, a nie prace malarskie. Szycie igielnika dla mamy jest jednym z nielicznych wspomnień z dzieciństwa jakie mam i którego jestem pewna. To była praca na plastykę lub zajęcia ZPT. Pamiętam emocje jakie mi towarzyszyły, kiedy go szyłam i jakie to było ważne. Starałam się do nich wrócić i na ich podstawie narysowałam krótki komiks pt: „Prezent”. Przeskalowana poduszka miała być jego dopowiedzeniem, ale po jej wykonaniu prace zamieniły się rolami i to komiks stał się komentarzem do obiektu. Igielnik jest w kształcie serca z materiału w kwiatki (poduszeczka dla mojej mamy też miała kwiecisty wzór), powbijałam w nie około pół kilograma szpilek. Tych igieł jest bardzo dużo, są delikatne ale tworzą barierę. Trauma też jest rodzajem pancerza, oddziela nas od świata i sprawia, że stajemy się niewrażliwi i obojętni. Czasami mylimy ten dystans z bezpieczeństwem. Dla mnie to symbol nie czującego serca.
Jako dzieci mamy serca „na wierzchu” i dajemy je tym, których kochamy z niewinnością i ufnością. Ale już jako dorośli nie umiemy przyjąć i docenić wyjątkowości tego daru z należytą czułością. Nasze serca są pełne igieł.
Danuta Milewska zaproponowała, żeby to był interaktywny obiekt i widzowie mogli wbijać lub wyjmować szpilki. Bardzo ładny pomysł, po wernisażu wyraźnie ich ubyło.
Druga praca to obrus z gestami rąk ułożonymi w krąg spirytystyczny. Nie można przy nim usiąść, delikatnie lewituje nad podłogą. Ten gest można rozumieć, jako próbę i brak możliwości nawiązania międzypokoleniowego kontaktu. Nie mogę sprawdzić co, z tego co pamiętam jest prawdą, a co zostało wykrzywione przez czas i pryzmaty cudzych opowieści. Brak pewności każe cały czas wątpić we własne uczucia, więc może bezcenna byłaby taka szczera rozmowa z przodkami, gdzie nikt się nie wybiela, nie manipuluje i nie osądza…
EO: Do wystawy w Bydgoszczy włączyłaś również rysunki ze swojego jeszcze nie wydanego komiksu pt.: “Spleen”, który w 2025 będzie miał swoją premierę. Czarno-białe kadry z książki przeniosłaś do galerii w formie wielkoformatowych murali, które niesamowicie wzmocniły, ale też domknęły znaczeniowo przestrzeń wystawy. Czy możesz opowiedzieć coś więcej o twoim debiucie komiksowym, co to będzie za książka, jakie herstorie w niej opowiadasz i kto jest jej bohaterką?
MS: Komiks w formie fabularnej opowiada o tym o czym jest ta wystawa, czyli o braku wewnętrznej spójności. To bardzo surrealistyczna opowieść, która rozpoczyna się zwyczajną rozmową przy kawie, a prowadzi w dziwne zakątki umysłu, gdzie można spotkać macki Cthulhu, siostrę Ratched i samotne oko… “Spleen” pozwolił mi na sporą dawkę sarkazmu i makabry, ale jest tam także humor i dystans do siebie. To angielskie słowo oznacza melancholię i śledzionę. Podoba mi się, że wiąże w sobie cielesność i emocje, co dobrze oddaje naturę traumy.
Pierwsza wersja „Spleenu” była pokazana na wystawie „Kobieta na Księżycu”* w 2021 i od tego czasu zmienia się i transformuje, tak jak mój proces terapeutyczny. Motyw samotnego oka był obecny już wtedy, ale teraz stał się najważniejszym elementem komiksu i na tej wystawie wychodzi poza jego ramy. Dosłownie, bo skala ściany odziera z intymności książki, ale za to daje widzialność, którą można porównać do krzyku. A przepracowywanie traum polega także na odzyskiwaniu swojego głosu, sprawczości. To wolność, aby opowiedzieć swoją prawdę, ale często to dosłownie odblokowanie zaciśniętego gardła, pozwolenie sobie na krzyk, śpiew, głośne mówienie… Samotne oko uciekające od swojej właścicielki jest symbolem tych wszystkich rozszczepionych, straumatyzowanych części, naszych małych „ja”. Rozszczepienie to oddalenie się od siebie, a terapia to forma podróży, dzięki której możemy się znów spotkać ze sobą. Starałam się skondensować tą informację w tych trzech muralach. A wracając do komiksu jest on dopełnieniem obrazów i myślę, że kiedy ucieleśni się w swojej książkowej formie, „Suche Oczy” naprawdę będą mogły się domknąć.
EO: Skupiając się jeszcze na bydgoskiej odsłonie “Suchych Oczu”, chciałam zapytać cię o przestrzeń i architekturę dla twoich wystaw. Na ile jest to dla ciebie istotny element twojej wizualnej opowieści? Jakbyś mogła powiedzieć o sposobie w jaki pracujesz nad przestrzenią ekspozycji, która praktyka jest ci bliższa – osób, które skrupulatnie projektują i aranżują wystawę jeszcze przed wejściem do Galerii na montaż, czy raczej idziesz na żywioł, ufasz intuicji i temu, że sala ekspozycyjna będzie z tobą “rozmawiać” i efekt finalny będzie stanowił “kompromis tej rozmowy” in situ?
MS: Pamiętam jak zobaczyłam plan galerii i uświadomiłam sobie, że ściany mają 25m długości. Ta przestrzeń mnie przeraziła, bałam się, że mnie pochłonie. Absolutnie nie wyobrażałam sobie namalowania czegokolwiek na takiej powierzchni. Kontakt z tobą delikatnie popchnął mnie do przodu i dzięki temu zrobiłam rzeczy, które wydawały mi się poza moimi możliwościami. To bardzo cenne i jestem ci za to wdzięczna. Dla mnie wystawa jest historią, nie pokazem i świadomość miejsca, w którym ma powstać jest ogromnie ważna. Wszystko w przestrzeni galerii jest istotne i podlega decyzjom – kolor ścian, mała architektura, światło… tych elementów jest bardzo dużo i to wszystko wpływa na odbiór prac, tworzy opowieść. Staram się przygotować wcześniej, jak najwięcej zaplanować i przewidzieć. Chociaż wiem, że zawsze coś mnie zaskoczy i w tej pracy konieczna jest otwartość i elastyczność. Tworzę kilka różnych wersji aranżacji i stosy pdfów, z których się kiedyś śmiałyśmy, bo każda z nas pracuje w zupełnie inny sposób.
W Galerii EL architektura wystawy nawiązywała do labiryntu, tutaj, w Bydgoszczy twoim pomysłem było postawienie ściany działowej wzdłuż głównej sali, dzięki czemu powstała dwukomorowa przestrzeń, nawiązująca do budowy serca. Bardzo podoba mi się ten pomysł, mocno koresponduje z pracą „Prezent”. Można więc powiedzieć, że przeniosłyśmy „Suche Oczy” z przestrzeni labiryntu do przestrzeni serca.
EO: Rozmawiałyśmy już w/o przeszłości, rozmawiamy teraz, więc czas zadań pytanie o przyszłość. Jakie są twoje plany na 2025 rok, czy zamierzasz kontynuować pracę nad jakimiś cyklami prac, tematami czy konkretnymi wątkami jakie poruszasz w swojej sztuce? A może szykuje się jakiś przewrót i rewolucja?
MS: Rewolucją na pewno będzie dla mnie wydanie komiksu, to wejście w inny, zupełnie nieznany mi świat. Jestem go bardzo ciekawa. A temat traumy na pewno będzie mi jeszcze towarzyszył. Praca ze sobą/ zbliżanie się do siebie trwa cały czas, zmienia się jej intensywność lub metody, ale to proces, który raczej nie ma końca (przynajmniej ja go teraz nie widzę). Dopiero przeczuwam nowe perspektywy.
Bydgoszcz, 2024
* Kobieta na księżycu”, Marta Szulc, Małgorzata Szandała, kuratorka: Agata Cukierska, CSW Kronika, Bytom,2021.






